|
Wieczór, 21 lipca.
To było niezwykłe, kiedy słońce powoli chowało się za horyzont
i rzucało na fale ciemnoczerwone błyski. Siedzieliśmy na kocu,
przytuleni do siebie i liczyliśmy łabędzie kołyszące się na wodzie.
Zabawne, nie pamiętam ile ich było, ale pamiętam Jego pełen czułości
dotyk. Pamiętam co wtedy do mnie mówił, a właściwie szeptał. Szeptał
mi baśń o miłości. Jej główna bohaterka miała na imię tak samo
jak ja. Na koc przywędrowała biedronka. Gdy powoli przesuwała
się ku mojej ręce, On swoją przesuwał po moim karku. Po chwili
biedronka odleciała. Uniosłam głowę, kiedy zaprzestał swej pieszczoty.
Myślałam, że coś się stało, ale On po prostu przysunął się bliżej
mnie, żeby mi szepnąć na ucho, że mnie kocha. Mówił mi to już
przedtem, ale teraz zabrzmiało inaczej. Każde słowo wypowiedziane
wtedy na plaży było takie niecodzienne jakbym słyszała je po raz
pierwszy. Przytulił mnie mocniej i spytał, czy zmarzłam, ale pokręciłam
głową, przecież dobrze wiedział, że nie drżę z zimna. Znów oparłam
głowę o Niego i przymknęłam oczy. Mówiłam Mu, że kocham, a On
całował mnie sprawiając, że szybowałam nad plażą. Po chwili opadłam,
prosto w Jego ramiona, tuliłam się do Niego z całych sił, jakbym
się obawiała, że mi się wymknie i odfrunie jak ta biedronka. Ale
nie - On nadal był i nadal mnie kochał, tulił. Brał moją twarz
w swoje dłonie, ja przymykałam oczy - całował mnie. Powiał chłodny
wiatr znad morza, otworzyłam oczy. Był? Nie było Go? Boże, nie
było Go?! Zdrzemnęłam się na kocu i zmarzłam, a On ... Nie było
Go ... Tylko Go sobie wyśniłam. Od tamtej pory bardzo często wspominam
ten wieczór. Ciągle się łudzę, że to działo się naprawdę.
Mam nadzieję iż nigdy nie zapomnę tej "pierwszej miłości".
|